01 lutego 2008
Trudno powiedzieć, jak dałam sobie radę. Tak po prostu się stało, nie miałam innego wyjścia. Na początku było ciezko bo się strasznie wypieral, ale pamiętam jak mi to powiedział to aż mnie wryło. Jasne, że czulam ze nie jest najlepiej- uprzedzam wszystkie pytania, ale nie przyszlo mi do glowy cos takiego bo zawsze wydawalo mi się to jakims absurdem, bardzo się kochaliśmy a on mi mowi, ze odchodzi.
Wiesz, to nie jest wścibskiej, to po prostu zalamuje się jakis świat, przynajmniej mój. Teraz jest zdecydowanie lepiej.
Ale widzisz zmieniło mi się diametralnie i to chyba tylko i wyłącznie dzięki terapii, bo wiesz na początku czułam się tak, że nie miałam siły podnieśc tyłka z łóżka, a mała musiala isc do przedszkola. Na szczescie bylam moja mama i ona pomogla mi bardzo w pozbieraniu się z całkowitej rozsypki. Pamietam, że raz dwa tygodnie nie zmieniłam piżamy… Chodziłam jak obłakana po domu, a tak naprawde to cfaly czas leżałam w łożku i nie chciałam nawet nosa wyściubić..Moja mam miala proszki uspokajające i kilka razy przyszło mi do glowy po nie śęgnąć, ale na szczęście nigdy nie starczyło mi odwagi…
I w sumie życie uratowała mi przyjaciólka, która wręcz na kopach zaprowadzila mnie do psychiatry i dostałam leki. Nota bene nadal je biore, ale jest coraz lepiej, mam coraz mniejsze lęki i coraz więcej sił i wiem, że teraz wszystko będzie, wręcz musi być dobrze. I wiem też, że dla mojej córeczki już nigdy nie chcę być taka jak byłam, bo wiem, że mam dla kogo żyć.