Kiedy rozwodziłem się ze swoją żoną usłyszałem w sądzie że będziemy łożyć wspólnie na dzieci po 800 zł. miesięcznie. Sąd orzekł że miesięczne koszty utrzymania syna i córki to 1600.-zł. Przed rozwodem podzieliliśmy majątek(dom i firmę) na pół. W momencie podziału (rok temu) dochody żony były nawet większe od moich. Mieszkam teraz 30km od dzieci więc zabieram je do siebie co drugi tydzień na weekend (pt,so,nd). Zawsze wiąże sie to z dodatkowymi kosztami(o tym eks zdaje sie zapominać), tym bardziej ,że w jakiś sposób próbuję jako ojciec zrekompensować naszą rozłąkę. W lipcu chciałem zabrać dzieci do siebie na cały miesiąc (tygodniowy wyjazd na jacht,wycieczka rowerowa,wyjazdy w góry itp.). Wydaje mi sie, że i ja i one mamy do tego prawo.Skoro mamy podobne możliwości finansowe zaproponowałem, że ja poniosę pełne koszty w lipcu a ona w sierpniu.Wyraźnie nie spodobał się ten pomysł, bo oprócz odmowy dowiedziałem się, że jestem "dzieciorobem i mordercą własnych dzieci". Rzucam temat na tapetę bo mam poważne watpliwości co do ścisłości naszych regulacji prawnych, a jak jest w sądzie to większość z was pewnie już wie.Czy powinienem zabrać dzieci na wakacje i jednocześnie fundować za 1600.- wakacje eks z konkubentem? Czy mam powiedzieć dzieciom, że zabiorę je za tydzień na weekend ? Wiem, że eks żyje ponad stan-zaciąga kredyty, podpisuje umowy długoterminowe, ale ten aspekt już mnie nie dotyczy.Mnie z ponoszenia kosztów na dzieci nikt nie zwolni jeśli: kupię auto na raty,założę telewizję cyfrową itd. a potem zacznie brakowac na życie. Dlaczego zwalnia to moją eks? Może dzieci powinny bardziej kochać mamę niż tatę?
Czuję sie mocno dyskryminowany w tej sytuacji. Ciekaw jestem waszych opinii. Może wsadziłem kij w mrowisko.....?
