10 lat temu dowiedziałam się, że jestem bezpłodna. Od tego momentu zaczeła się nieustanna walka z naturą. Leczyłam się- nic jednak nie przynosilo pożądanych rezultatów. Po 10 latach i 5 poronieniach, straciłam nadzieje na urodzenie swojego dziecka.
Uwierzcie, nie ma większej tragedii na świecie niż niemoc i brak nadziei na spełnienie się w życiu. Upokorzenie, przekonanie o tym, że nie jest się kobietą i żal, którego nie da się opisać, towarzyszy mi nieustannie. Truizmem jest określanie dziecka jako własną „przedłużkę”, ale to tak oczywiste stwierdzenie, jest fundamentem istnienia kobiety i każdego zdrowo myślącego człowieka. Mi zostało to odebrane… Mój mąż jest najcudowniejszym mężczyzną, który wspólnie ze mną walczy. Wiem że zawsze był, jest i będzie przy mnie. Nigdy nie dał mi odczuć, że ma do mnie żal, choć wiem że równo mocno pragnie dziecka.
Przeszło 3lata temu podjęliśmy decyzję o adopcji. Jest to proces bardzo skomplikowany i długotrwały. W między czasie zaczęliśmy współprace z wieloma fundacjami zajmującymi się pomocą dzieciom- nie tylko z Polski. Od 2lat uczestniczymy w programie „WATOTO”, który polega na pomocy nieletnim mieszkańcom ubogich państw afrykańskich(np. Rwanda, Kamerun, Kongo Demokratyczne). Akcja „adopcji na odległość” daje tym dzieciom szanse na przetrwanie. Priorytetami jest wyżywienie, bezpieczny dom i edukacja. Pomoc obejmuje rozległy przedział wiekowy ( od niemowlaków po studentów).
W tej chwili opiekujemy sie trójką dzieci z Rwandy. Wymieniamy się listami, zdjęciami, a raz do roku organizowane są spotkania z misjonarzami, którzy na miejscu trzymają piecze nad opieką naszych dzieci. Bardzo chcielibyśmy z mężem, żeby po 18roku życia naszego synka, ściągnąć go do Polski- na studia, ale wiąże się z tym szereg problemów papierkowych.
W czasie tych dwóch lat dużo myślałam, głębiej zapoznałam się z kulturą, historią i problematyką krajów trzeciego świata. Nie mam prawa narzekać na życie! Mam cudownego męża, jestem dość zamożną osobą. Nie pracuje od wielu lat. Cały swój czas poświęcam na leczenie, edukację, współpracę z fundacjami i walkę o możliwość adopcji. Nie jedna kobieta zapewne nie widzi w tym wszystkim dramatu, ale ja nie umiem pogodzić się z faktem, że nigdy nie przeleje swoje miłości na dziecko. Adopcja na odległość bardzo mi pomogła. Szansa pomocy niewinnym i bezbronnym dzieciom, których życie już od chwili narodzin było skazane na zagładę oraz milość jaką mogę im okazać, są jednak namiastką, kropeka w morzu moich uczuć. Nic nie jest w stanie zastąpić prawdziwej, permanentnej opieki nad własnym dzieckiem. Tak bardzo bym chciała przeżywać każdy dzień ze swoim maleństwem, patrzeć jak dorasta, rozwija się, poznaje świat, czerpać radość z każdej, najdrobniejszej chwilki jego życia. Przeżywać jego pierwsze ząbki, kroki aż wreszcie usłyszeć magiczne mama… Dziecko jest największym skarbem, jedyną istotą która kocha bezinteresownie, która Cie potrzebuje, ale nie przez egocentryzm a nature i swoją niewinność.
Coraz częściej myślałam o stałej adopcji murzyńskiego dziecka. Niestety Polska na dzień dzisiejszy nie ma podpisanych żadnych stosownych umów z krajami afrykańskimi, pozwalających na adopcję dziecka przez polskiego obywatela. Inaczej jest jednak w sytuacji kiedy chodzi o murzyńskie dziecko- imigranta/obywatela polskiego.
Dowiadywaliśmy się o wszystkie najdrobniejsze szczegóły z tym związane, proces jest taki sam jak w wypadku „białego” dziecka. Co daje nadzieje…
Walczymy od ponad roku o adopcję Jasia-jest on pół polakiem pół Kameruńczykiem. Nie podważam litery prawa, ale nie rozumiem ludzi, którzy je wykonują. Jak wspominałam cały system adopcyjny jest prawie taki sam jak w przypadku polaka, a jednak brak tolerancji powszechnie panujący w naszym kraju potrafi zniszczyć życie niejednej osobie . Przez wszystkie trudności z jakimi spotkaliśmy się, jeszcze przed tym jak Jaś zamieszkał z nami, zaczełam patrzyć na sprawę zupełnie inaczej. Dziś zaczynam się zastanawiać nad tym co będzie za 5lat, kiedy nasz synek pójdzie do szkoły, kiedy będzie skazany na komentarze i żarty ze strony rówieśników, kiedy dorosłe, myślące osoby będą go dyskryminować i komentować, że ma białych rodziców? Co wtedy? Zaczęłam coraz bardziej się bać. Kocham go, bo w tym czasie stał się moim synem. Spędzam z nim najwięcej czasu jak tylko mogę(czas wizyty jest ograniczony). Nie wyobrażam sobie wycofywać się teraz, zostawić go. Dziś jednak, nie jestem już taka pewna, co dla niego będzie lepsze…
